Social Icons

wtorek, 31 stycznia 2017

Zwapnienie w barku


Historia zapewne jak wiele innych, letnie szaleństwa, hasanie po polach, łąkach i innych miejscach dobrze dostępnych również dla zachlanej młodzieży (i nie tylko), bezpieczeństwo zwierząt mającej głęboko w poważaniu, gdyż przecież tak ciężko jest zabrać ze sobą śmieci i wrzucić do pobliskiego kosza, tylko lepiej jest potłuc butelkę i zostawić tam gdzie akurat się biesiadowało, żeby spacerujący pies miał na co wejść i dość poważnie skaleczyć sobie poduszkę. Bo właśnie od tego wszystko się zaczęło.


Końcem lata Damon miał tę nieprzyjemność rozciąć sobie poduszkę co nie zdarzało się przez kilka ostatnich lat, a że przeciął sobie największą i to na całej długości, nic więc dziwnego, że w pierwszych dniach utykał stając na tej łapie. Minął jakiś czas, poducha ładnie się wygoiła, no to postanowiliśmy nazbierać dzikiej róży - kto to robił, doskonale zdaje sobie sprawę jak ostre są jej kolce. A że dziecku się nudziło to wlazł tuż pod krzak i... łapa w górę, bo wbiło sobie mały kolec, który szybko usunęłam. Sama też miałam tę nieprzyjemność i uwierzcie, bolało jak cholera i to przez kilka dni - tak samo jak Damona, który ponownie zaczął utykać (jednak nie za każdym razem) - w końcu na pewno bardzo go szczypało przy każdym kroku. Po około tygodniu wszystko wróciło do normy i znowu mogliśmy hasać aż... Damon ponownie utykał i to bardzo ciężko, co wywołało u mnie niemałą panikę, bo niby miał jeszcze rozcięte (tym razem na małych palcach) poduszki, ale już się goiły, a na łapie nie było dosłownie nic. Dopiero z pomocą przyszła mi lupa, dzięki której wypatrzyłam w ofutrzonej łapie sklejoną gumę do żucia w kształcie stożka, który wbijał się psu w łapę - szybkie moczenie, żeby usunąć ustrojstwo i ponownie wszystko wróciło do normy.. na jakieś dwa-trzy tygodnie.

Po tym czasie u Damona wystąpiło ponowne utykanie na tę samą łapę jednak po jakimś większym wysiłku typu bieganie albo... "zakopanie" sików, jednak dokładne oględziny niczego nie wykazały, a jedną z teorii był wrastający włos w poduszkę. Jako że gołym okiem nie było widocznych żadnych winowajców, postanowiłam udać się na prześwietlenie choć jeszcze nie wiedziałam co mnie czeka i po cichu liczyłam właśnie na ten włos. Na miejscu, po wywiadzie środowiskowym od razu wykluczono powiązanie urazu poduszki z utykaniem. Wówczas przez myśl przechodziły mi najczarniejsze scenariusze i byłam bardzo zestresowana przed zdjęciem. Na szczęście Damon kompletnie nie przejmuje się moim stresem i zachowywał się wzorowo i zasłużył na naklejkę "dzielny pacjent".


RTG wykazało zwapnienie w barku. To ten mały punkcik pomiędzy kośćmi. Widzicie? Pewnie teraz wyglądacie jak ja końcem października, przysuwając głowę jak najbliżej monitora i usiłując coś dostrzec.


Teraz lepiej? Nadal nie?


Oto ten mikrusi kawałeczek, ta biała plamka, o tak. 


Wetowi ciężko było to nawet zmierzyć miarką. 
Ale jak do tego doszło? W wyniku urazu płyn maziowy, który jest pomiędzy stawami i nadaje im giętkości, elastyczności i ruchomości odprysł, a raczej jego drobinka i się utwardziła. Diagnoza była zadziwiająco dobra: Damon dostał na osiem dni niesteroidowe leki przeciwzapalne i dwutygodniowy nakaz ograniczonego ruchu, tj. mógł jedynie swobodnie biegać, bez jakichś szaleństw i zwrotów,  a zwapnienie miało się wchłonąć ze względu na nikłe rozmiary (gdyby było większe, czekałoby go artoskopowe usuwanie). Jako że był to wet pierwszego kontaktu, dostaliśmy zalecenie, że gdyby jednak nie było poprawy, to należy skonsultować się z ortopedą. I tak praktycznie dopiero zaczęła się nasza przygoda...


Po tygodniu nie było poprawy, wręcz przeciwnie, Damon coraz częściej utykał (wciąż nie było to nic stałego), więc postanowiłam nie czekać tylko umówić się na wizytę do specjalisty. Jako że mieszkamy na Podhalu to najłatwiej było nam pojechać do dr Novaka z Czech, który również ma konsultacje w Krakowie. Jednak okazało się, że jedyne wolne terminy miał dopiero na styczeń, a ja nie miałam zamiaru czekać dwóch miesięcy aż Bóg jeden wie co się wydarzy. Zapytałam więc o poradę Paulę Gumińską, która poleciła nam dr Anetę Bocheńską z Wrocławia, za co jestem jej bardzo wdzięczna! Wizyta ustalona została na piątego grudnia co i tak było dość szybkim terminem. Do tego czasu zalecono nam jedynie spacerki na smyczy maksymalnie w kłusie i zrezygnowanie z szelek norweskich, które mogą podrażniać to miejsce. W międzyczasie postawiłam na jak najmniejsze obciążanie tej łapy, więc przez dwa tygodnie nosiłam Damona po schodach (trzecie piętro takie super!), tyle że on nie był tym w ogóle usatysfakcjonowany - to taki typ zosi-samosi.

Dwa tygodnie i ponad 400 km później wysiadaliśmy z samochodu pod przychodnią Gryf. Przyjechaliśmy nieco wcześniej, więc jeszcze przeszliśmy się na odstresowującą sikupę po podróży. Niestety, okazało się, że z powodu pacjenta przed nami jest mała obsuwa czasowa i zostaliśmy przyjęci godzinę później niż w planie. Zaskoczeniem roku był fakt, że to był pierwszy gabinet, do którego Damon wszedł uradowany i nie musiał być namawiany na zapoznanie z personelem. Po badaniu klinicznym przyszedł czas na RTG, żeby potwierdzić lub wykluczyć diagnozę weta pierwszego kontaktu. Diagnoza okazała się trafna, ale na zdjęciu widoczne było lekkie pogorszenie, jednak mieliśmy się nie przejmować. I tym razem Damon dostał niesteroidowe leki przeciwzapalne, tym razem jednak na dwa tygodnie i zalecenie fizjoterapii falą uderzeniową, gdyż w tego typu mineralizacjach ma ona duże powodzenie, więc dr wolałaby spróbować najpierw tego niż od razu gmerać mu w stawie. Po pięciu zabiegach falą w odstępie pięciu dni mieliśmy zrobić zdjęcie kontrolne i wówczas sprawdzić czy jest jakaś poprawa i działać dalej. Na miejscu Damon miał pierwszy zabieg, który pomimo wszystko zniósł bardzo dobrze. Następnie czekała nas długa podróż powrotna do domu.


Dnia następnego rozpoczęło się gorączkowe poszukiwanie gabinetu mającego w ofercie falę uderzeniową jednak okazało się to znacznie trudniejsze niż zakładaliśmy. Owszem, kilka gabinetów w naszej mieścinie posiada ten sprzęt jednak żaden nie chciał się zgodzić na psa pomimo informacji o kąpaniu przed każdą wizytą i dopłacie. Został nam Kraków, oddalony o 80 km jednak i tutaj porażka na całej linii - żaden psi gabinet fizjo nie posiada fali w ofercie, a czasu coraz mniej do kolejnego zabiegu, gdyż tylko regularne zabiegi przynoszą efekt. I tutaj z pomocą przyszły kontakty wśród czynnych krakowskich zawodników i polecono nam Gabinet fizjoterapii zwierząt "BEN", który nie dość że jest otwarty do godziny 22.00 to jeszcze nie ma problemu z umówieniem się na wizytę w weekendy. I tym sposobem w niedzielę 11 grudnia w drodze powrotnej z egzaminu w Rzeszowie (o tym wkrótce) Damon po raz pierwszy postawił łapę w Pisarach, gdzie czuł się jak u siebie - z każdym kolejnym zabiegiem do gabinetu wchodził głównie po to, by przywitać się z panem Jarkiem. Fala niekoniecznie mu się podobała, jednak laseroterapia przed, a zwłaszcza po jak najbardziej - aż nadstawiał brzusio do miziania. To nie jest jakaś reklama, po prostu z całego serca muszę polecić ten gabinet i cudownych ludzi, u których człowiek od razu czuje się jak u siebie. Aż warto było pokonywać 110 km i 2 godziny w jedną stronę po dwóch zmianach w pracy dla tego uśmiechu i zadowolenia na pysku Damona.

 
fala                                                                           laser

Pięć zabiegów później pojechaliśmy do Myślenic na kontrolne RTG. Z pokoju wychodziłam podłamana, gdyż ogólny wet stwierdził, że nie widzi pogorszenia. Polepszenia też nie było, a wizja operacji była jak cios prosto między oczy. Po powrocie do domu postanowiłam przyjrzeć się zdjęciom i porównać czy aby czasem nie ma choć minimalnej poprawy. W porównaniu do zdjęcia z listopada było ociupinkę lepiej (wróciła nadzieja), więc odpaliłam płytę z grudnia, na której było widoczne lekkie pogorszenie. I aż nie mogłam uwierzyć, że jest poprawa i to widoczna gołym okiem! Na zestawieniu ewidentnie widać, że około 3/4 zwapnienia zniknęło, przez co humor od razu mi się polepszył. Ale dziwicie się?


Po konsultacji mailowej mieliśmy dalej kontynuować terapię, nieco zwiększając parametry. I tak oto po dwóch miesiącach uziemienia, braku możliwości biegania czy też szalenia z zabawką po domu, Damona powoli zaczęło "nosić" i to pomimo alternatywnych zabaw jak np.: własnoręcznie zrobionej maty węchowej, kilku zabawek na jedzenie czy klikaniu prostych rzeczy. Przed nami wizyta kontrolna we Wrocławiu w najbliższy piątek, która wykaże czy terapia odniosła pożądany skutek i czy możemy powoli wracać do jakichś aktywności poza kłusem nieprzekraczającym 5 km dziennie. Nie ukrywam, że strasznie się denerwuję, jednak mam nadzieję, że zwapnienie to już czas przeszły i przed nami początek szaleństw, zwłaszcza że Prezes ostatnio czuje się tak wyśmienicie, że próbuje nielegalnie brykać. Trzymajcie kciuki!

Masażyk taki be!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz